Kolce sprawiedliwości

wtorek, 4 czerwca 2013

Break time...

Nie trzeba być niewiarygodnie inteligentnym, żeby zauważyć, że zrobiłam sobie przerwę. Problem w tym, że przez cały ten czas zwlekałam z wystawieniem jakiejkolwiek informacji, bo ciągle wmawiałam sobie, że już zaraz, już za chwilę wszystko się ułoży i wróci do normy... W rzeczywistości mamy już czerwiec, a ostatni post napisałam w marcu. W pewnym momencie przestałam nawet wchodzić na "wywiader", bo przytłaczała mnie świadomość tego, że są tam pytania o kolejną notkę na Kaktusie, ergo oszukiwałam się, że jest w porządku, chociaż wcale nie było. Po prostu zamiatałam ten problem pod dywan.
Zwykle tego nie robię, ale myślę, że tym razem okoliczności wymagają szczegółowego wyjaśnienia, tym bardziej, że okres "zamrożenia" Kaktusa może jeszcze trochę potrwać.

Zacznijmy od tego, że się nie wypaliłam. Nie. Nadal mam chęci i pomysły, pod tym względem jest OK.

Ktoś może powiedzieć, że winny się tłumaczy, ale w tym wypadku nie przeczę temu, że jestem winna, bo tak w rzeczywistości jest ^_^

Gdzie leży w problem? Ano w tym, że najpierw dopadła mnie ospa, na jakieś dwa tygodnie przybijając mnie do łóżka z gorączką i przyprawiając o szewską pasję, gdy próbowałam się nie drapać. Ospa w wieku 20-stu lat, fajna sprawa, mówię Wam. Szczególnie, gdy człowiek dostaje szewskiej pasji, próbując się nie drapać.

Po wyleczeniu ospy nagle okazało się, że mam też studia i, co gorsza, trzeba nadrobić zaległości (kto by pomyślał, nie?). O ile archeologia w praktyce to precyzyjne machanie łopatą, to jednak w czasie zajęć teorii też trzeba trochę pomęczyć. Po tym wszystkim już miałam wracać do Kaktusa, już wszystko miało się unormować, a tu ludzie z Koła Naukowego stwierdzili, że ktoś pomylił się w obliczeniach i mamy za mało czasu na przygotowanie festiwalu i atrakcji z nim związanych. Trzeba było się spiąć i wziąć do pracy, trudno. Nikt nie narzekał. Jednym z zajęć dla nas przygotowanych było ścinanie trzciny sierpami krzemiennymi (wyprzedzam pytania: na budowę "szałasu mezolitycznego"). I tu wszystko się komplikuje. Otóż w trzcinie był kleszcz. I razem z kleszczem przyszła borelioza!

Mówię Wam, ile się strachu przy tym najadłam, to moje (podobno mam nawet kilka siwych włosów :P). Pierwszy lekarz dobitnie stwierdził, że to nie kleszcz mnie ugryzł, a jakiś komar i dlatego mam miejsce ukąszenia zaczerwienione (problem w tym, że kleszcza osobiście wyciągałam sobie pęsetą i nie jestem aż tak ślepa, żeby pomylić go z komarem), więc mam sobie robić okłady z rumianku i przejdzie. W całej bieganinie na studiach niespecjalnie interesowałam się tym, co działo się z miejscem ukąszenia. W końcu lekarz wie lepiej, no nie? No. Jednak nie. Ukąszenie spuchło, bolało, generalnie kończyna prawie mi odpadła (drama time!), do tego doszła wysoka gorączka i ogólne dolegliwości grypowe. Lekarz w innym mieście od razu zdiagnozował boreliozę.

Najadłam się antybiotyków na zapas, tragicznie się nie skończyło, w każdym razie nie spieszy mi się do zejścia z tego świata, ale (o, ironio!) ostatnio coraz poważniej zastanawiam się nad wystosowaniem POZWU (ja wiem, to trochę niefortunne miejsce na takie słowa!) do lekarza, który naraził moje zdrowie na uszczerbek... No dobrze. W tym miejscu żartuję (bo co innego mi zostało?); nie będę bawić się w pozwy, cieszę się, że jakoś ogarnęłam swoje zdrowie w porę. Tylko znowu te zaległości... Właściwie to nadal się za mną ciągną.

Do tego doszło jeszcze sporo problemów rodzinnych, ale tego nie chcę tu wywlekać.

A teraz... Teraz jest sesja (thx, cpt obvious!).
I po sesji chcę wrócić. Tym razem już tak na serio (chyba że w Polsce przez 10 sekund będzie panować malaria, to ja na pewno ją złapię, mówię Wam... Ale na to się chyba nie zanosi).
A jak nie, to podam Wam adres, wyślecie mi pozwy, zrobicie wjazd na chatę i skopiecie tyłek, czy co tylko chcecie!

Ktoś powie, że jakoś na pisanie opowiadania miałam czas. Ano miałam, bo czymś musiałam się zająć, leżąc z gorączką w łóżku, a akurat do opowiadania wystarczyła kartka i długopis (z Kaktusem jest o tyle problem, że zwykle potrzeba mi też dostępu do Internetu).

Na pocieszenie mam mema, który jest już chyba najpopularniejszym memem na moim roku:

Przepraszam.
Należała się Wam chociaż jakaś informacja.

7 komentarzy:

  1. Żyjesz! Jeeej! Powodzenia na sesji, w życiu i unikaj szpitali ;) Ja osobiście czekam tu i nie zamierzam nigdzie się stąd ruszać, więc głowa do góry, czytelników wciąż masz.

    OdpowiedzUsuń
  2. Lemony Snicket: Seria niefortunnych zdarzen :P Ciesze sie, ze udalo ci sie zidentyfikowac chorobe i zaczac ja leczyc. Trzymam za ciebie kciuki, wspieram i tulam - powodzenia z sesja:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Żyjjesz! Już się bałam, że się nie doczekamy żadnej informaaacji. Powodzenia na sesji. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Trzymam kciuki za jak najlepsze wyniki i cierpliwie czekam. :3

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja dołączam się do trzymania kciuków! Wszystko pójdzie dobrze, wszystko zaliczysz i żadna choroba nie złapie! :D Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  6. Uff! A więc jednak żyjesz, całe szczęście :) Będę czekać szczęśliwie i trzymać kciuki ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Meeeeem <3 A tak na serio, to co można napisać: czekamy!

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Obrazek dostałam od Mewtiny. Obsługiwane przez usługę Blogger.